
Czekam na święta. Z jednej strony cieszy mnie trochę wolnego, ale jednak bardziej cieszy mnie wspólne spędzenie czasu z bliskimi. W tym roku będzie jednak nieco inaczej. Zawsze spędzałam Wigilię w domu, z rodzicami, tym razem wybieramy się z P. do jego rodziców, a to kilka godzin drogi od miasta, w którym mieszkamy. Mam więc nadzieję, że pogoda będzie w miarę łaskawa abyśmy mogli spokojnie dojechać samochodem. P. cieszy się, bo od kilku lat nie był w domu na Wigilii, poza tym ma dojechać jego brat, co widzę napełnia go jeszcze większą radością.
Prezent dla P. zabiorę ze sobą, przytaszczyłam dziś do domu paczuszkę przewiązaną kokardą. Chcę mu dać ją tam właśnie, bo wiem jakie to dla niego ważne, że spędzi tę Wigilię z rodzicami u nich. Do moich staruszków wybierzemy się po powrocie, czyli jakoś w weekend.
A tak w ogóle, to cieszy mnie myśl o karpiu na stole, o choince, ta nasza błyszczy lampkami od tygodnia, o Kolendach, prezentach, ale tych które daję – lubię patrzeć na innych gdy otwierają paczki i jeszcze są zadowoleni. Mam na ten moment zawsze gotowy aparat, bo fajnie jest potem popatrzeć na taki widok.
Niech więc nadchodzą święta, święta !!!! :-))))))
skomentuj (0)
Paryż, jakże piękne miasto. A ja miałam je okazję teraz zwiedzić. Wyjazd pewnie udał się dlatego, że niczego na wolne nie planowałam, propozycja padła nagle a decyzja była spontaniczna. Całe dwa tygodnie innych widoków, innego jedzenia, w innym klimacie. Naoglądałam się dzieł sztuki, naspacerowałam. Wersal jest nudny, wieża Eiffla taka sobie, za to Luwr piękny. Nie mogłam nadziwić się różnorodnością wszystkiego co tam zobaczyłam, bo znałam go tylko z reklam czerwonej sali, w której wisi mnóstwo obrazów. No i muzeum Rodin'a, „Naszego” Rodin'a. Pamiętam, jak rok temu, gdy poznawaliśmy się z P. przeglądaliśmy w necie jego dzieła i omawialiśmy dokładnie. Teraz była okazja obejść to wszystko, dotknąć, posiedzieć na ławeczce pod „Myślicielem”, poleżeć na leżaczkach w ogrodzie. Zachwycałam się pięknymi ogrodami, których jest mnóstwo. Zachwycała mnie różnorodność ludzi, jaśniejsze karnacje, ciemniejsze. Hindusi lub Arabowie w swoich tradycyjnych strojach, kolorowych, jaskrawych sukniach. A zaraz za nimi grupa kobiet w czarnych Burkach i spowijających ciało czarnych ubraniach. Dalej kobiety, które także miały chusty na głowie, jednak kolorowe, a ubiór był do tego elegancki. Skośnookie osoby są drobniutkie, takie niewysokie i szczupłe. Generalnie Francuzi są bardzo szczupli, jednak widząc tą ilość ludzi, która uprawiała sport na powietrzu, biegała, jeździła na rowerach nie ma się co dziwić. Metrem jeździ się super, nie to co tramwaje lub pociągi. Dojechało się wszędzie szybko i bez problemu na jednym bilecie, łatwo można się nauczyć gdzie należy się kierować. Wspominać będę także dziewczynki M. i A. córki siostry P. Zwłaszcza z M. złapałam fajny kontakt. Przyznam, że po raz pierwszy miałam okazję zajmować się dziećmi, co chyba jakoś mi wychodziło. Przynajmniej T. stwierdziła, że dobrze sobie radzę. Fakt, że gdy T. wyjechała wraz z rodziną na swoje wakacje można było odpocząć od bieganiny, okrzyków, kłótni. Jednak maleństwa fajne i naprawdę chciałabym umieć tak sobie wychować 4 i 2-letnią dziewczynkę. No i miło mi było, gdy mała M. uściskała mnie na do widzenia, a po powrocie do Polski T. zadzwoniła z informacją, że mała popłakała się za mną bardziej niż za wujkiem. A przecież mnie widziała pierwszy raz w życiu. Generalnie inne życie się tam prowadzi, co było dla mnie bardzo ciekawe. Szkoda tylko, że z F. nie dało rady swobodnie porozmawiać na poważniejsze tematy, jednak Francuzi na angielski nie są nastawieni tak jak my tutaj. Szkoda, bo wydał mi człowiekiem, który ma coś ciekawego do powiedzenia, a T. nie zawsze wszystko dokładnie tłumaczyła. Co do Francuzów, to jednak czas płynie tam nieco inaczej niż tutaj, nikt nie musi tak gonić za wszystkim. Ludzie mieli czas, żeby posiedzieć na dworze, pograć w kulki, pojeździć na rowerze. Świetnie wyglądał widok, jak całe rodziny lub przyjaciele siedzą w parku na trawie i mają piknik. Wiele rodzin, wiele grup ludzi jedna przy drugiej. I jakoś nikt nie rozdmuchiwał kwestii, że trawniki się niszczą. Wręcz przeciwnie, jakoś zniszczone nie były, choć ludzi było mnóstwo, chodź grali na nich w piłkę, leżeli, siedzieli, jedli i się przytulali. I naprawdę długo będę ten wyjazd wspominała, bo mam co. Bo doświadczyłam czegoś innego i to jest naprawdę miłe doświadczenie.
skomentuj (0)Dziś po raz kojelny trafiłam w końcu do mojego przytulnego mieszkanka. Mam nadzieję, że teraz będzie jednak okazja, żeby w nim trochę pomieszkać. Remont w części pokój, kuchnia i korytarz zakończył sie w lipcu, więc po dokonanych porządkach wprowadziliśmy się z P. jakoś na początku sierpnia. Pomieszkaliśmy 3 dni i pojechaliśmy do jego rodziców, wróciliśmy w poniedziałek, a już w czwartek jechaliśmy na wakacje. Wrócilismy dopiero dzisiaj, i znów musieliśmy sie rozpakować i poukładać sporo rzeczy. Czeka nas jeszcze przystosowanie mieszkania pod nas, bo jednak sporo tu po rodzicach różnych przydasi, które nam akurat przydane raczej nie są. Fakt, że za tydzień w piątek znów wybieramy sie do jego rodziców, jednak tylko na weekend. Generalnie trochę to moje życie ostatnio na walizkach, jednak fajnie jest, przynajmniej coś się dzieje. Teraz czekają na mnie praca i inne wyzwania. Ale to już nie na dziś, bo głowa nie pracuje, w końcu po 20 godzinach w autokarze (w którym ta panieneczka nadawała jak katarynka - mając głos na wysokie C, bo oficjalnie i głośno z dodatkiem tego "angielskiego akcentu" flirtowała z kolesiem, który podrywając ją podkreślał jaki to dumny jest z córeczki i pokazywał jej wielce zdjęcia żony, której żal mi sie tylko zrobiło) to jedank zmęczona jestem.
skomentuj (0)
Ostatnio znów dopadł mnie stan, który co jakiś czas się pojawia. Uczucie smutku, żalu, wątpliwości, przeciążenia decyzjami i wyborami, przed którymi stoję. Znów czuję, że nie wiem, w którą stronę mam iść, gdzie jest moje miejsce. Ostatnio praktycznie na każdym polu życiowym jest jakiś problem, w pracy, w domu, z matką zwłaszcza.
Byłam dziś w pracy i miałam dobry humor, od rana mi dopisywał, po powrocie do domu jednak zaczęła się huśtawka. Nie pomogło sprzątanie, ani praca w ogródku. Wylało mi się z oczu kilka łez. Spróbowałam więc słodyczy, ale to poprawia nastrój na długość smaku. Więc oglądam teraz film, komedię romantyczną, fajny jest, podoba mi się i na odrywa od codziennych problemów, jednak oglądanie takiego filmu w samotności nie jest już takie fajne.
W piątek było mi dobrze, w pracy nie było koleżanek, które zatruwają atmosferę i wróciłam do domu znacznie mniej zmęczona stresem, jaki ostatnio niemal ciągle odczuwam. Dzięki temu mogłam wieczorem zrobić to i owo bez uczucia przytłaczającego zmęczenia, nawet krzyżówkę chciało mi się rozwiązać. Jednak nie mogę zmienić pracy, bo na jaką, gdzie, skoro mam swoje plany a nie wiem, co szykuje mi los.
skomentuj (3)
Wolny wieczór, przyznaję, że plany na dziś miałam ambitniejsze, tzn. założyłam, że więcej zrobię w domu, jednak rzeczywistość brutalnie to zweryfikowała. Jak zwykle pobudkę miałam o 6, a do domu wróciłam po 18, więc po całym dniu pracy, a potem załatwianiu różnych spraw, gdy wróciłam opadłam z sił. Jedyne na co mnie było stać to zjedzenie „obiadu”, zaparzenie kawy i kąpiel. Włączyłam teraz film, widziałam go już kiedyś, jednak kiedy ma się wyłącznie w Tv 1, 2, Polsat i TVN nie można być wybrednym. Brakuje mi trochę kablówki, National Geographic, Discovery, kanłu Viva i wielu innych.
W pracy zaszły w ostatnim czasie pewne zmiany, a mianowicie totalnemu popsuciu uległy moje relacje z koleżankami z pokoju. Znudziło mi się nadskakiwanie osobom, które są przemądrzałe, uważają, że wszystko robią najlepiej i myślą, że mają prawo oceniać i ciągle krytykować sposób pracy innych osób, a wiadomo, że nikt idealny nie jest, a więc i one popełniają błędy, co oczywiście wydaje się nie do pomyślenia, one? błędy? ależ skąd!. A że te dwie koleżanki to matka z córką i siedzimy w jednym pokoju to mam trochę trudne zadanie, bo one są w koalicji a ja sama. Moja walka z ich przemądrzałością polega na nie wdawaniu się w rozmowy. Robię swoje, jak trzeba to się odezwę, w kwestii pracy, powiem dzień dobry, do widzenia, staram się być uprzejma. Poza tym milczę, a dotąd miałyśmy dość dobry kontakt, z córką nawet próbowałyśmy utrzymywać relacje koleżeńskie po pracy, jednak teraz to już przeszłość. Przyznam, że trochę dziwnie mi w takiej sytuacji, bo ja jednak gaduła jestem. Z drugiej jednak strony z osobami nieszczerymi i złośliwymi chyba nie warto za wiele rozmawiać, bo po co. Człowiek naraża się tylko na osąd i krytykę. One lubią wbijać innym szpileczki, a ja tego nie lubię, nie lubię być złośliwa, sarkastyczna i wymądrzać się, bo to zwyczajnie nie leży w mojej naturze. To już wolę się nie odzywać.
Zabrałam się za załatwianie różnych spraw, umówiłam w końcu do dentysty (za dwa tygodnie), dermatologa (pod koniec maja), alergologa (w czerwcu, w innej poradni najbliższy termin był na październik-masakra), muszę jeszcze kilka innych kwestii uregulować, ale powoli się do tego zabieram i mam nadzieję, że w najbliższym czasie wyjdę na prostą.
Remont trwa, elektrycy nadal walczą w mieszkaniu, w czerwcu ma wejść pan, który wyrówna ściany i położy płytki. Nie wiem ile to jeszcze potrwa, czy da radę, żeby w czerwcu remont się zakończył czy się przeciągnie. Oczywiście wolałabym opcję z szybszym zakończeniem.
Generalnie brakuje mi czasu na wszystko, co chciałabym robić w czasie wolnym. Praca eksploatuje mnie na tyle, że często gdy wracam pod wieczór do domu to już brak mi chęci i sił.
P. siedzi teraz u siebie, żeby skończyć pisanie pracy, wolę mu nie przeszkadzać, bo jednak to ważne dla niego. Więc jakoś od 2, 3 tygodni widzimy się tylko w weekend, zobaczymy co będzie gdy skończy studia, kiedy uda nam się znaleźć wspólny kąt, bo rodziców mam już dość (niedawno był rok jak z nimi jestem). Owszem, jest przy nich wygodnie, można więcej kasy odłożyć, jednak wolę mieszkać na swoim, bo to lepsze dla samopoczucia, choć wdzięczna im jestem za pomoc jaką mi okazali, gdy tego bardzo potrzebowałam i przyznam, że ten rok z nimi po powrocie i w odniesieniu do pewnych kwestii zmienił nieco moje spojrzenie na nich. Nie wydają się już tylko staruszkami, którzy się czepiają i gderają, doceniam ich teraz bardziej i lepiej się w tym czuję.
skomentuj (1)
Ostatnio w moim życiu znów się sporo wydarzyło.
Wczoraj miałam urodziny, kolejny roczek mi przybył. Muszę przyznać, że po raz pierwszy odczułam to w jakiś sposób, dotąd kolejne lata cieszyły, że człowiek w końcu jest bardziej dorosły, więcej może, staje się bardziej niezależny. Jednak ta magiczna granica 25, to ćwierćwiecze dało mi trochę do rozmyślania . Zastanawiam się jak dalej się poukłada kolejne 25 lat. Te, które już mam za sobą były bardzo burzliwe, pełne wielu nowych doświadczeń, stanowiły warkocz przeplatających się wydarzeń bardzo silnie rzutujących na moje życie i wybory, jakich dokonywałam.
Po raz kolejny się przeprowadziłam. Od tygodnia mieszkam w „nowym-starym” miejscu. W dniu, w którym się przeprowadziłam, gdy czekałam na rodziców powiedziałam do P. że czuję się tak, jakby koło się zamknęło. Miałam 12 lat, gdy opuszczałam to miejsce, a po 12 latach, w wieku 24 wróciłam tu. Na ile? Nie wiem, niby na czas remontu mieszkania, w którym mieszkam, może na czas wakacji, może tylko do czerwca. Wiele zależy od dalszych decyzji pewnej bliskiej mi osoby. Mama oczywiście wolałaby mieć mnie przy sobie, nie lubi gdy mówię o wyprowadzeniu się. Choć sądzę, że tym razem i tak lepiej by to zniosła niż ostatnio. Wie już jak to jest, gdy nie mieszkamy razem. Generalnie przeprowadziłam się po raz 4 w ciągu tych 25 lat, 4 w ciągu ostatnich 12. Dziś pomyślałam sobie, że zasadniczo nie sprawia mi problemu przejście nad tym do porządku dziennego, z dnia na dzień umiem się przestawić, że od teraz to jest mój dom i tu mieszkam. A może powinnam powiedzieć, że od dziś tu właśnie mieszkam, i tu jest mój dom, bo tu jestem ja. Z moim szczęściem w życiu ten „dom” muszę mieć w sobie, na pewno nie mogę przywiązywać się do miejsca, bo nie ma to sensu.
Remont. Tu mogłabym dużo pisać. Po raz pierwszy podjęłam się takiego wyzwania i już dostałam po uszach. Trafiłam na oszusta i naciągacza, który pozbawił mnie pewnej ilości gotówki. No cóż, zafundowałam sobie drogą lekcję od życia. W sumie fajne było to, że starsi się nie wtrącali, zostawili mnie samą na „polu walki”. P. na szczęście bardzo mnie wspiera, naprawdę pomógł mi, ale w sumie cieszę się z tego, dlatego, że możemy się oboje sprawdzić we wspólnym działaniu, dotyczącym życiowej kwestii. Jutro wchodzi nowy fachowiec,po nim następni, sama musiałam wszystkich wyszukać, zobaczę co z tego wyjdzie, ale chyba trafiłam na porządnych ludzi już teraz. Przyznam, że kosztuje mnie sporo wysiłku myślenie i ustalanie wszystkiego, ale jednocześnie odczuwam z tego tytułu radość i satysfakcję, zwłaszcza, że gdy omawiamy coś wspólnie z P. i widzę jego starania, to mam poczucie jakby to było dla nas.
skomentuj (2)"nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości; nie mówcie jej "przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu". " A. Osiecka
skomentuj (1)